Buntownik z wyboru

‘Buntownik z Wyboru’

Tytuł oryginalny: ‘Good Will Hunting’

Reżyseria: Gus Van Sant

Obsada: Robin Williams, Matt Damon, Ben Affleck

Rok produkcji: 1997

Nigdy nie lubiłem oglądać filmów o superbohaterach. Zbytnie oderwanie od rzeczywistości wymieszane zwykle jest ze światem, w którym żyją miliony ludzi takich jak ja i ty – zwyczajnych obserwatorów wielkich wydarzeń, na które nie mają najmniejszego wpływu.

 

‘Buntownik z Wyboru’ w pewnym sensie może zostać porównany do opowieści o jednym z takich superbohaterów, o geniuszu, przy którym nasze zdolności intelektualne przestają być widoczne. A jednak jest w tym filmie coś, co sprawia, że w oku zakręci mi się łza; coś co sprawia, że widzę siebie.

 

Oto moje tłumaczenie fragmentu, na którym chciałbym się skoncentrować:

 

‘Trzymasz w ręku zwycięski los na loterię, ale brak ci odwagi, żeby zgłosić się po wygraną.

Ja dałbym wszystko, żeby być na twoim miejscu, a ty tylko siedzisz i marnujesz swój czas.’

 

Wyobraź sobie, że późnym wieczorem stoisz na przystanku autobusowym i leje deszcz. Słońce dawno już zaszło, a ty, w drodze do domu, chowasz się pod wiatą, żeby nie zmoknąć. Nie jesteś jednak sam. Jest z tobą najbliższy przyjaciel. Osoba, która zna cię od dziecka. Osoba, która nigdy cię nie opuściła, nigdy nie odrzuciła. Osoba, której ufasz. Stoicie tak w ciszy, patrząc jak miasto tonie w strumieniach deszczu. Stan nieomal hipnotyczny.

 

W pewnym momencie słyszysz te słowa, skierowane do ciebie.

 

Dokładnie w taki sposób ja się czuję, kiedy oglądam ten film. Jest coś nie do końca namacalnego; coś niekiedy wyłaniającego się ze mgły. Czasem wydaje się to niematerialne wręcz, a jednak nie potrafisz przekonać sam siebie, że to nie istnieje. Raz na jakiś czas zrobi ktoś wielkie oczy, wykrzyknie ‘wow’, zaśmieje się ze szczerego rozbawienia lub wzruszy się do głębi duszy i obejmie cię ramionami w podziękowaniu.

 

Idziesz potem na samotny spacer w letni, słoneczny dzień. Wokół ciebie ćwierkot ptaków, szum drzew poruszanych lekkim wiatrem i cała serenada istot żyjących pośród traw. Zatrzymujesz się, zamykasz oczy i spoglądasz na słońce. Widzisz tylko blade jasne światło, przeradzające się w oślepiającą biel. Stoisz tak i pozwalasz słońcu smagać cię swoimi promieniami. W końcu zapominasz, że masz ciało. Składasz się tylko ze zmysłów. Nie czujesz więcej rąk i nóg. Ciepło na twarzy staje się częścią ciebie. Podobnie z szumem wiatru i śpiewem ptaków. Nagle otwierasz oczy i z powrotem jesteś na Ziemi. Wróciłeś.

 

Rozejrzyj się wokół. Spójrz na swoje ręce. Posłuchaj głosu wewnątrz siebie. Ja również tak zrobię.

 

Zbieram w sobie odwagę by iść po moją wygraną. Twoja również na ciebie czeka.