Blog

Niedziela, 14.03.2021

Bezpieczna skorupka.

Pewne metafory każdy z nas słyszał już tak wiele razy, że często uśmiechamy się pobłażliwie, gdy tylko pojawiają się po raz kolejny w naszym polu widzenia. I co z tego? Czy z tego powodu powinniśmy zaniechać porównania? A co jeśli pragnie się ono wydostać na zewnątrz, nie zważając na opinie, które napotka? Bardzo podobnie jest z tematem, który chciałbym dzisiaj poruszyć – jak zwykle głównie wobec siebie; strona ta bowiem ma temat wiodący, który brzmi ‘Prawda Wobec Siebie’.

Przez wiele lat nagrywałem książki i dzieliłem się swoim głosem na platformie youtube. Był to bardzo ‘bezpieczny’ zabieg z mojej strony. Nie brałem absolutnie żadnej odpowiedzialności za słowa, które przechodziły przez moje usta. Czemu miałbym? Nie były to słowa, które sam skomponowałem w mojej głowie, więc jasne jest, że nie ja powinienem zostać obarczony za nie winą. ‘Ja tylko czytam’, powtarzałem sobie każdego dnia kiedy tylko dochodziła do mnie świadomość, że tysiące ludzi słucha mojego głosu i na pewno ma opinie bardziej lub mniej pochlebne, zarówno na temat treści, które czytałem, jak i mojej osoby.

Latami siedziałem pod bezpieczną pokrywą, czasem tylko delikatnie wychylając nos, aby sprawdzić co dzieje się w świecie na zewnątrz. Jak to robiłem? Opowiem Wam historię o pewnym nagraniu, którego treści wolałbym, żeby dzisiaj nikt już nie pamiętał.

Podczas nagrywania książek Barbary Marciniak przechodziłem depresję. Gdzieś pomiędzy ‘Zwiastunami Świtu’ a ‘Ścieżką Mocy’ byłem tak przybity do dna, że ciężko było mi w ogóle spać. Późnym wieczorem poszedłem do sklepu po butelkę wódki z jednym tylko zamiarem – upić się tak bardzo, że moje ciało samo odpłynie w krainę snów.

Na szybko wypiłem kilka samotnych kieliszków, aby zrobić szybkie i mocne wprowadzenie w upragniony stan. Następnie, zrobiłem sobie mocnego drinka z colą i usiadłem przed komputerem bez żadnego konkretnego planu. W ciągu kilku minut jednak podłączyłem mikrofon i zacząłem nagrywać to, co leżało mi na sercu. Zastanawiałem się, czemu nadal żyłem.

Wypłynął ze mnie cały smutek, który od dawna w sobie nosiłem. Było to najsmutniejsze nagranie jakie kiedykolwiek zrobiłem, a kiedy nacisnąłem przycisk ‘stop’ zauważyłem, że nie zrobiło mi się ani trochę lżej na duszy. Musiałem pójść o krok dalej.

Zrobiłem sobie kolejnego drinka i wziąłem się do dalszej pracy. Spędziłem blisko godzinę szukając w sieci obrazów, które najlepiej oddawały poszczególne fragmenty mojego nagrania. Splecione dłonie, rozbita szklanka, samotna postać nad brzegiem jeziora, pusta ławka w pokrytym śniegiem parku. Wlewając w siebie kolejne porcje alkoholu, montowałem dźwięk i obrazy w całość, zupełnie nie wiedząc w jakim robiłem to celu. Czułem ogromną potrzebę skomponowania swojej smutnej historii w całość.

Co pół godziny wychodziłem na balkon, żeby zapalić. Zwykle dorabiałem sobie wówczas także drinka. Potem wracałem do komputera i kleiłem kolejne minuty moich rozważań. Tak mijały godziny, a ja nie potrafiłem się porządnie upić. Prawdę mówiąc byłem na tyle pijany, że bełkotałem już do siebie, ale montaż nie sprawiał mi większych trudności. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć.

Przy kolejnym fajku zauważyłem, że zaczynało świtać. Spoglądając na zegarek okazało się, że dochodziła piąta rano. Ziewnąłem mocno, przewinąłem cały projekt, a następnie włączyłem renderowanie filmu. Po co? Nadal nie wiedziałem.

Mieszkanie, które wówczas wynajmowałem, należało do mojego kumpla. Czasem wpadał przed pracą, żeby pogadać. Czasem po pracy, żeby się napić. Tego ranka zadzwonił do drzwi około szóstej rano. Wpuściłem go do środka i bez namysłu powiedziałem, że zrobiłem filmik o sobie. Wyraził chęć obejrzenia więc posadziłem go przed komputerem, a sam położyłem się na łóżku obok, zastanawiając się, czy usnę.

Szczerze przyznam, że nie pamiętam co mi wtedy powiedział. Wiem, że obejrzał całość i wiem jaką ulgę wówczas poczułem. Ktoś wysłuchał moich słów. Skorupa została zrzucona.

Kiedy kumpel poszedł do pracy postanowiłem wrzucić ten film na mój kanał z audiobookami, gdzie nikt nie mógł spodziewać się takich treści bo nigdy wcześniej nie pojawiło się tam nic o mnie.

Na tym etapie nie byłem już w stanie zrobić sobie kolejnego drinka. Mogłem jedynie kliknąć przycisk ‘opublikuj’. Dopiero wtedy usnąłem.

Kilka miesięcy później tak było mi wstyd, że najbardziej osobiste przeżycia i przemyślenia udostępniłem rzeszom obcych ludzi, więc postanowiłem film usunąć. Nikt wówczas nie widział mojej twarzy. Byłem bardzo anonimowy więc nie obawiałem się, że rozpozna mnie ktokolwiek na ulicy. Wróciłem do swojej starej skorupy i dalej nagrywałem kolejne książki. Znowu było bezpiecznie. I znowu było nijak.

Czasem myślę o tym jak przyjemnie było siedzieć w zamknięciu, pod moją pokrywą anonimowości, kiedy nikt nie wiedział kim jestem i co myślę, kiedy nikt nie wiedział co przeżyłem, kiedy nikt nie mógł mnie skrytykować lub zwyczajnie obrazić. Było tak ciepło i przytulnie, a jednak nie mogłem tak dalej żyć. Coś pragnie się wydostać. Jakaś część mnie potrzebuje dzielić się tym co jest wewnątrz i nie potrafi siedzieć w zamknięciu, bez względu na potencjalne konsekwencje.

Więc kiedy czytam Twojego maila lub Twój komentarz, że mnie rozumiesz, że przeżyłaś to co ja, że wdzięczny jesteś za moje słowa, wszystko nabiera większego wymiaru.

Po raz kolejny usiądę przed mikrofonem i opowiem Wam co kiedyś przeżyłem, mając teraz więcej niż tylko jeden powód, aby to zrobić.

I mam nadzieję robić to na trzeźwo 🙂

Wtorek, 02.03.2021

Wyrzuty sumienia

Może powinienem nagrać ten materiał i wrzucić na youtube, ale czasem łatwiej jest pisać niż mówić. Zresztą, między innymi o tym chciałem z Wami ‘porozmawiać’.

Odkąd zacząłem dzielić się z Wami moimi osobistymi przemyśleniami i przeżyciami, otrzymuję od Was mnóstwo wiadomości. Korzystacie w tym celu z maila, facebooka, youtube i whatsapp. Ten ostatni kanał łączności ze mną jest raczej zarezerwowany dla ogromnej mniejszości, a mam ku temu bardzo konkretny powód – nie ogarniam wszystkiego. A co za tym idzie, zaczynam zmagać się z wyrzutami sumienia.

Macie tak wiele do powiedzenia. Przeżyliście w swoim życiu tak wiele. Pragniecie podzielić się tym wszystkim z kimś, kto macie nadzieję Was zrozumie. Doskonale wiem jak to jest – jestem w końcu jednym z Was. Tak bardzo chciałbym nawiązać kontakt z kim tylko się da, z każdą duszą, która tego szuka i tego potrzebuje. Dzień ma jednak tylko 24 godziny, a odliczając sen czasu jest jeszcze mniej.

W zeszły weekend rozmawiałem z kumplem o podejmowaniu decyzji. Powiedziałem mu, że kiedy dużo dzieje się w życiu, zadanie to staje się o wiele prostsze, a może nawet łatwiejsze. Jeżeli ktoś ma prośbę – od razu ją spełniam, jeśli jestem w stanie. Jeśli ktoś ma pytanie – staram się na nie odpowiedzieć jak najszybciej i najlepiej jak potrafię. Dzień za dniem, decyzja za decyzją, a ja stawiam ‘ptaszki’ przy każdym ‘zadaniu’ na mojej liście. Pod koniec dnia uśmiecham się do siebie, zadowolony, że po raz kolejny podołałem wszystkim sprawunkom – w każdym razie tym, które wiedziałem jak ‘potraktować’. A tu nagle kumpel mówi mi, że w ten sposób on popełnia wiele błędów; podejmuje wiele pospiesznych decyzji, które czasem nijak mają się do zamiarów.

Jak to jest, że czasem nie potrzeba niezwykle otwartego i oświeconego umysłu – z całym szacunkiem dla mojego kumpla – żeby tak mocno do mnie trafić? I co teraz? Ano … mam wyrzuty sumienia.

Chociaż ‘wyrzuty’ to pewnie zbyt mocne słowo. Wyrzuty to miałem kiedy byłem głęboko w Kościele Katolickim. Dzisiaj uczę się mieć rezerwę do samego siebie. Daję sobie trochę ‘wolnej liny’, żeby pobiegać po świecie, spojrzeć w gwiazdy trzymając butelkę whisky w ręku, zamknąć oczy jadąc rowerem przez las, czy też samotnie spędzić noc w lesie. Przyszedłem na ten świat nie tylko po to, aby czynić dobro dla innych. Jakąś część życia chciałem spędzić robiąc coś dla siebie, czyż nie?

Tak, równowagę w tym wszystkim łatwo jest utracić. Bywam również w takiej sytuacji, kiedy zapędzę się w służeniu sobie. Może nawet częściej niż mam odwagę się do tego przyznać. Czy jednak leżąc w hamaku pod koronami drzew powinienem martwić się, że coś zaniedbałem, czy raczej pozwolić tej chwili trwać?

Środa, 24.02.2021

Kilka litrów

Włączenie jednokierunkowego nastawienia z czasem staje się łatwiejsze. Szukanie weny, muzy i inspiracji odchodzi na dalszy plan w celu zrealizowania tych, które już zostały wprawione w ruch. Radość tworzenia, czy jest to pisanie, czy tworzenie nagrań potrafi tak przyspieszyć rytm bicia serca, że zapominam o otaczającym mnie świecie. Liczy się tylko i wyłącznie dana chwila, kolejne słowo i sprawnie działające narzędzia wykorzystywane do realizacji naszego projektu.

Przez kilka ostatnich dni siedziałem nad bardzo dużym projektem, który nadal mnie bardzo ekscytuje. Odczuwam ogromną potrzebę doprowadzenia całego przedsięwzięcia do stanu, w którym mógłbym być z niego dumny. Na szczęście, inspiracja nie znika więc praca jest czystą przyjemnością. Jednak, jak to często bywa, duże projekty zawierają wiele ruchomych elementów i każdy z nich musi doskonale współpracować z pozostałymi, inaczej czeka nas tylko ogromne rozczarowanie.

Dlatego też, w tej chwili klikam te słowa na klawiaturze. Projekt mnie zwyczajnie rozczarował, a w zasadzie chodzi tu o efekt końcowy, jaki, póki co, zdołałem osiągnąć.

Tak ciężko jest pogodzić się z tym, że mamy pewne ograniczenia. O wiele łatwiejsze wydaje się pracowanie z samym tekstem, niż robienie nagrań audio lub video. Mniej ruchomych elementów sprawia, że osiągnięcie wymarzonego efektu znajduje się w zasięgu ręki.

Jeżeli napisana historyjka zawiera błędy, wystarczy spędzić nad nimi dłuższą chwilę, aby znaleźć odpowiednie ich naprawienie. Kwestia audio i video wygląda jednak zupełnie inaczej. Co zrobić w sytuacji, kiedy doskonale wiemy co należy zrobić, ale nasze narzędzia nie chcą z nami współpracować?

No cóż, pierwsza pojawia się frustracja. Później staram się zrobić wszystko po raz kolejny, po wprowadzeniu pewnych usprawnień.

Co dalej, jeżeli efekt nadal daleki jest od naszych wyobrażeń?

Ja postanowiłem próbować do skutku. Tak sobie powiedziałem po drugim niepowodzeniu.

W tej chwili zaliczyłem już sześć nieudanych podejść i zwrot ‘do skutku’ zaczyna mnie bardziej irytować niż motywować.

W podobnych sytuacjach staram się zawsze pamiętać, że mogę z siebie po prostu dać wszystko co mam, i ani trochę więcej. Jeżeli wiadro jest już puste, nikogo nie napoimy przy jego pomocy. Musimy je wpierw ponownie napełnić orzeźwiającą wodą z głębi studni.

Więc, siedzę i piszę. Mam nadzieję, że udało mi się nalać chociaż kilka litrów…

Piątek, 12.02.2021

Cisza Wodnika

Pamiętam mój pierwszy religijny wykład, który skierowany był wyłącznie w moim kierunku. Siedziałem na ławce w Lasku niepokalańskim i z otwartymi ustami wysłuchiwałem listy zagrożeń jakie czekały na mnie w świecie za murami. Brodaty zakonnik wymachiwał swoim białym sznurem, od którego nie mogłem oderwać wzroku, i przestrzegał mnie przed New Age, Masonerią i Astrologią.

Kilka godzin wcześniej ten sam zakonnik położył na moim ramieniu szablę i mianował mnie Rycerzem Niepokalanej. Kiedy wpatrywałem się w huśtający się sznur, czułem narastające przerażenie, a jednocześnie nie byłem w stanie ogarnąć wszystkiego, o czym mówił. Zapamiętałem tylko hasła. Pozostały one ze mną na bardzo długo i muszę przyznać, że jeszcze dziś łapię się na podążaniu za katolickimi stereotypami odnoszącymi się wszystkiego, co nie należy do kanonu wiary.

Wiele lat po tej rozmowie usłyszałem słowa, których do dziś nie mogę zapomnieć.

‘Gdzie jesteś? Czemu znikasz i nie dajesz o sobie znaku życia? Odcinasz się od świata i ludzi. Tak, mówię do Ciebie Wodniku.’

Mój znak zodiaku był dla mnie zawsze czymś niewygodnym. Nosiłem się nawet z dumą, kiedy tylko miałem sposobność stwierdzić, że nie znam się na astrologii. Te słowa jednak tak dokładnie mnie opisały, że poczułem się zmuszony otworzyć na informacje, które najwidoczniej można znaleźć pośród gwiazd.

Nie dlatego, że na dzień dobry są wartościowe, ale dlatego, że opis, który usłyszałem dotknął tej części mnie, której nigdy nie chciałem pokazać światu, a jednocześnie wiedziałem, że istnieje i często wprowadza mnie w stan, który tak ciężko jest opisać i obronić przed logicznymi argumentami.

Cóż ja takiego porabiam, kiedy znikam?

Wyobraź sobie stan, w którym każda część nie tylko Twojego ciała, ale i duszy jest przyjemnie stymulowana. Stan, w którym masz całkowitą i niezachwianą pewność, że nie zadzwoni telefon, nikt nie zapuka do drzwi, i w ogóle nie wydarzy się nic, co mogłoby Cię z niego wyrwać, każąc zabrać się za życie w świecie rzeczywistym. Trwasz, a jednak czas nie istnieje. Przed oczami wyobraźni widzisz co tylko zapragniesz. Zalesione doliny, wysokie góry, łąki, strumienie i najczystsze jeziora. Czujesz zapach unoszący się między drzewami. Świat jaki tylko zapragniesz. I cały tylko dla Ciebie.

Tylko i wyłącznie odcinając się od ludzi – kimkolwiek oni są – jestem w stanie osiągnąć ten stan, który jest jak najsłodsza nagroda znana ludzkości. Ostatnio czytałem Epos o Gilgameszu. Zapadło mi w głowie to, że odbył daleką i niebezpieczną podróż, aby znaleźć to, co miało dać mu wszystko czego tylko pragnął. Niezbyt ufam tłumaczeniom więc nie będę precyzował czego on szukał, ale ja się nadal zastanawiam, czemu po prostu nie odciął się od wszystkich, którzy go otaczali? To wydaje się takie proste.

Oczywiście zwykle są też i konsekwencje takiego postępowania. Pytania, sprawienie zawodu, łzy, odtrącenie. Mimo to, wezwanie do tej pustki, w której mój byt jest całkowicie i ekstatycznie osamotniony jest silniejszy niż rozsądek i wszelkie dobra otaczającego mnie świata. Tam mogę najprawdziwiej, po prostu BYĆ.

Nie zachęcam do astrologii. Zrobisz jak uważasz. Ja jednak nie potrafię jej dzisiaj powiedzieć nie.

I tak to często bywa. Otwierając nowy dokument, machnąłem tytuł ‘Cisza’ bo ona chodziła mi po głowie. Jest już późny wieczór. Telefon nie zadzwoni. Sąsiedzi już śpią. Ulice za oknem pokryte są śniegiem, a mróz zniechęca nawet młodzież do szukania wrażeń poza domem. Cisza. Czasem przychodzi tak łatwo. A czasem znaleźć jej nie można, bez względu na to, w jak daleką podróż się wybiorę.

Więc, o czym to ja chciałem pisać?

Niedziela, 31.01.2021

Wyrzuć to z siebie.

Pamiętam to jak dziś. Wyszedłem z domu i skierowałem się prosto nad brzeg Wisły. Po kilku minutach widziałem już nurt. Rozejrzałem się wokół, aby upewnić się, że jestem zupełnie sam. Nie mógł mnie nikt widzieć bo zamierzałem zrobić jedną z najbardziej żenujących rzeczy o jakiej słyszałem. Nie mogłem tego jednak zrobić w domu bo ściągnąłbym na siebie zbyt wiele uwagi; a tego chciałem za wszelką cenę uniknąć.

Kiedy było już jasne, że nikogo nie ma wokół, całkowicie skoncentrowałem się na moim zadaniu, które swoją drogą sam sobie wyznaczyłem. Opuściłem głowę, aby się skoncentrować, przywołałem wszystkie wydarzenia ostatnich dni, które pchnęły mnie do tej decyzji, i wydarłem się na całe gardło! Darłem się jak zarzynana świnia! Wyrzucałem z siebie wszystko, co tylko zalegało w mojej głowie i w moim sercu.

Kiedy nie mogłem już wydać z siebie żadnego głosu, ponownie się rozejrzałem. Nadal pusto. Potem zacząłem się zastanawiać, czy mi pomogło. Odpowiedź brzmiała ‘nie’. Zupełnie mi nie pomogło. Miałem wręcz wrażenie, że wszystko ponownie zostało aktywowane, a nawet wzmocnione. Ból i rozgoryczenie nie odeszły. Usiadłem więc na trawie, aby poczekać aż to zacznie działać. Patrzyłem jak Wisła sobie płynie.

Było to wiele lat temu. W ten sposób chciałem pozbyć się bólu. Miałem głęboką nadzieję, że wyrzucenie wszystkiego z siebie na głos pozwoli mi dalej żyć bez wracania do przeszłości.

Piszę dzisiaj o tym dlatego, że wczoraj – po raz drugi w życiu – zrobiłem to ponownie, ale wybrałem zupełnie inną formę. Zamiast uciekać nad rzekę, gdzie nikt mnie nie będzie słyszał, postawiłem przed sobą mikrofon. Następnie udostępniłem to nagranie na moim kanale na YouTube. W ciągu kilkunastu godzin moje słowa usłyszały ponad 4 tysiące osób. I w tej chwili muszę przyznać, że pomogło. Wyszło ze mnie to co chciało się wydostać. Niestety, samo nagranie własnych słów nie wystarczyło. Nadal dusiło się to we mnie. Wciąż kotłowało się na wszystkie strony i walczyło z moją główną myślą – ‘Nie możesz tego udostępnić!’.

Przyznam, że sam nie miałem odwagi tego zrobić. Dopiero kiedy najbliższa mi osoba skinęła głową, zdobyłem się na odwagę.

Myśląc o tym, jaką pointę tutaj zamieścić, zastanawiam się czy faktycznie mam Wam jakąś lekcję do przekazania. Jest to opowieść o tym, czego sam się nauczyłem. Może nie potrzeba już rozwodzić się nad znaczeniem tego przekazu. Każdy z was ma własny rozum. Wszyscy i tak wyniesiecie z tej historyjki to co jest dla was ważne, bez względu na to jak mądrą myśl teraz przekażę.

Ciekawe tylko, że potrzebowałem 20 lat, aby zrozumieć, że wyrzucenie czegoś z siebie może być bardzo pomocne; aby takie było jednak, nie mogę się z tym kryć.

Niedziela, 24.01.2021

Adaptacja czy walka?

Kiedy pewnego dnia zaczyna otaczać nas nowa rzeczywistość, każdy z nas dowiaduje się czegoś o sobie. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to weryfikacja tego, co przesyłają nam nasze zmysły. Czy aby na pewno wszystko co nas otacza jest prawdziwe? Czy dobrze rozumiemy, na czym polegają zmiany? Nie wiem czy zawsze jestem w stanie udzielić odpowiedzi na te pytania. Wiem natomiast, że jest jedno pytanie, o którym często zapominam.

Czy nowa rzeczywistość jest tymczasowa?

Chciałbym spróbować odpowiedzieć na to pytanie.

Obejrzałem niedawno filmik przedstawiający pewien eksperyment na szczurach. Polegał on na umieszczeniu dwóch osobników w akwariach do połowy wypełnionych wodą. Pierwszy szczur walczył o przetrwanie przez 15 minut, po czym utonął. Drugi szczur, po 10 minutach walki otrzymał pomoc w postaci deski, na którą mógł się wspiąć, aby odpocząć. Po odpoczynku został ponownie umieszczony w wodzie. Otoczony z każdej strony śliskimi ściankami akwarium, ciągle wracał do tego miejsca, w którym wcześniej podano mu deskę. Wciąż miał nadzieję, że deska wróci i będzie mógł odpocząć. Byłem zszokowany kiedy dowiedziałem się, że drugi szczur walczył o przetrwanie przez ponad 15 godzin. Moja konkluzja jest taka, że utrzymywała go przy życiu nadzieja.

Może nie do końca jestem jak szczur z eksperymentu. Są jednak pewne podobieństwa jeżeli chodzi o nastawienie do otaczającej nas rzeczywistości. Możesz myśleć o czym tylko zechcesz. Kiedy ja czytam książkę lub słucham opowieści, zawsze myślę o swoim życiu. Mogę się tylko domyślać, że podobnie jest w Twojej sytuacji. Nie ma więc wielkiego znaczenia, o czym tak naprawdę mówię. Ważne, czy moje słowa rezonują z Twoją sytuacją życiową. Przejdę więc do konkretów.

Lubię chodzić na spacery kiedy jest ładna pogoda. Podobnie z jazdą na rowerze. Zawsze czekam kiedy przestanie padać deszcz czy wiać mocny wiatr. Wiem, że to tylko kwestia czasu kiedy pojawi się słońce, temperatura pójdzie w górę, a wiatr uspokoi się. Wtedy jestem gotów wyjść z domu i cieszyć się spacerem czy wycieczką rowerową.

Co jednak jeśli pogoda nigdy się nie zmieni? Kiedy zbliża się zima, chowam rower i czekam na wiosnę. Przez kilka miesięcy w roku godzę się na to, że pewnych rzeczy nie mogę robić – i nie mam wpływu na nic poza własnym nastawieniem do takiej rzeczywistości. Jestem jakby w stanie uśpienia, oczekiwania, ciągłego odliczania czasu. Żyję nadzieją. Jestem w stanie przetrwać ten czas wiedząc, że zima kiedyś się skończy. Czy możemy jednak mieć pewność, że każda nowa sytuacja, w której się znajdujemy jest tylko tymczasowa? A co jeżeli nie jest? Co wówczas należy zrobić? Czy pozostaje nam adaptacja? Czy może jednak należy podjąć wszelkie środki, aby stworzyć wokół nas taką rzeczywistość, która pozwoli nam żyć tak, jak faktycznie tego pragniemy?

A co jeżeli nowa rzeczywistość jest zwyczajnie impulsem, którego potrzebujemy, aby wprowadzić w sobie bardzo pozytywne zmiany, które same w sobie będą stanowić zmianę naszej rzeczywistości?

Pewnego dnia przeczytałem bardzo ciekawy cytat. Będę parafrazował. W życiu człowieka najważniejsze są dwa dni – dzień, w którym się rodzi, oraz dzień w którym pojmuje w jakim celu się urodził.

Jestem osobą upartą. Zawsze bronię własnej indywidualności. Stoję bardzo mocno przy moich przekonaniach, a nawet odczuwam pewną satysfakcję widząc, że jestem w stanie się nie zmienić mimo nieustannych prób ze strony mojego otoczenia.

Z jednej strony pracuję nad tym, czytając i słuchając innych ludzi. Jeżeli sam podejmuję decyzję o wprowadzeniu zmian, jestem dumny kiedy odniosę sukces. Z drugiej jednak strony, jeżeli ktoś próbuje mnie nakłonić do zmian, odbieram to jako atak i wytężam wszystkie swoje siły, aby pokazać, że nie pójdzie im ze mną tak łatwo. Jeżeli wytrzymam nawałnicę, również traktuję to jako sukces. Ale czy na pewno można to nazwać sukcesem?

Czy powinienem walczyć tylko dlatego, że pewna zmiana nie jest moim własnych pomysłem? Może warto jednak przyjrzeć się bliżej potencjalnym następstwom wprowadzenia tejże zmiany, szukając w niej czegoś wartościowego dla siebie i dla otoczenia?

Poniedziałek, 18.01.2021

Bez lęku.

Jak wielu moich rodaków, wychowałem się w kulturze katolickiej i od małego przekazywano mi informacje na temat istnienia dwóch tajemniczych miejsc. Pierwsze z nich było piękne, spokojne, radosne, wypełnione miłością. Przed moimi oczami zawsze pojawiały się kolory niebieski i biały, wymieszane ze sobą. Nie było podłóg, ulic, ścian czy dachów. Było tam natomiast mnóstwo chmur. Nic dziwnego, w końcu miejsce to powszechnie nazywano niebem. Miał to być cel wszystkiego. Cel życia. Przestrzegano mnie jako malca, że jeśli tylko zbiję szybę, uderzę kolegę, będę nieposłuszny rodzicom albo dopuszczę się kradzieży, na pewno drzwi nieba zostaną przede mną zamknięte i po śmierci zostanę odesłany w miejsce zupełnie inne.

 

Dorośli zawsze byli silniejsi, zarówno fizycznie jak i intelektualnie. Byli więksi, starsi, mądrzejsi i mieli całkowitą kontrolę nad podstawowymi potrzebami małego człowieka. Kontrolowali jedzenie, picie, ubrania, łóżko i opiekę. Bez nich nie mogłem pojechać na wakacje. Bez nich nie miałbym mojej ukochanej, niebieskiej kolarki. Więc słuchałem co mówili. A co takiego mówili o tym drugim, strasznym miejscu?

 

Nazywali je piekłem, a opisy ciągle się zmieniały, w zależności od okoliczności. Zawsze jednak miejsce to wypełnione było barwami czerni i czerwieni. Było tam szalenie gorąco; zbyt gorąco jak na moje upodobania. Miejscem tym rządził – lub rządzili – szatan, diabeł i wszelkiego typu ‘sługusy zła’. Było to miejsce dla grzeszników. Mali chłopcy, którzy ukradli tabliczkę czekolady, uciekli z domu, szarpali koleżanki za warkocze i nie odrabiali prac domowych zawsze byli wysyłani do piekła w ramach odbycia kary za swoje czyny. Tylko grzeczne dzieci trafiały do nieba.

 

Na moje drobiazgowe pytania, albo nie udzielano mi odpowiedzi, albo odsyłano do innych dorosłych – jak np. ksiądz – którzy to podobno wiedzieli wszystko. Czasem miałem odwagę zapytać. Często w odpowiedzi słyszałem co należy zrobić, aby do piekła nie trafić, zamiast faktycznego rozwiania moich wątpliwości. Co zrobić? Przyznam szczerze, że nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to pytanie. Z czasem postanowiłem – i dzisiaj przyznaję się do tego pochylając głowę – zaufać wiedzy, którą szerzył Kościół i religia chrześcijańska.

 

Doprowadziło mnie to tylko na kraniec rzeczywistości, którą mi przedstawiano. Dotarłem do miejsca, które nadal wszystkiego mi nie wyjaśniło, a oczekiwano ode mnie posłuszeństwa. Próbowałem. Wątpiłem w siebie, ale robiłem wszystko co w mojej mocy, aby wytrwać. W końcu, po latach, stwierdziłem, że nie potrafię tak żyć. Muszę zadawać pytania i szukać odpowiedzi. Nie potrafię inaczej żyć. Ja chcę wiedzieć! Ja chcę zrozumieć!

 

Poszedłem więc swoją drogą, zostawiając za sobą tłumy bliskich mi ludzi, którzy nadal wierzą, że spowiedź sprawi, że nie pójdą do piekła. Nadal jednak boją się o swoją duszę za każdym razem kiedy ‘upadną’, za każdym razem kiedy złamią jedną z zasad zapisanych na kartach opatrzonych znakiem krzyża.

 

Dzisiaj moi dawni koledzy spowiadają tysiące ludzi każdego roku. Poznałem dobrze każdego z nich i czasem wyobrażam sobie w jaki sposób ja spowiadałbym ludzi. Udzielałbym odpuszczenia grzechów. Tak, oficjalnie niby to nie ja tylko Duch Święty, ale w praktyce decyzja należałaby do mnie. Ogromna moc w niewielkich dłoniach. Dłoniach niczym nie różniących się od tych po drugiej stronie kraty. Dłoniach, które nauczono mnie, że są uprzywilejowane. ‘Nas’ dotyczyły inne zasady niż wszystkich. ‘My’ nie musieliśmy żyć, tak jak kazano nam uczyć żyć. Czyżby w niebie mieli inne zasady dla pewnych ludzi? Czemu?

Postanowiłem, że skoro nic nie trzyma się całości, że skoro ‘domek z kart’ został rozwiany w mojej głowie, czas już odrzucić stare nauki, w które nawet jako dziecko ciężko było mi uwierzyć. A jedną z tych nauk jest śmierć.

 

Dziś od nowa uczę się co ona oznacza. Czytam, słucham i szukam odpowiedzi. Jest ich wiele. Niektóre mają sens, inne nie mają go zbyt wiele. Czy ktoś wie na pewno co czeka nas ‘po drugiej stronie’? Moim zdaniem nie. A w każdym razie nie na tyle, żeby przekonać mnie w stu procentach. I to jest całe sedno sprawy.

Jestem człowiekiem. Tak, jestem oczywiście również czymś więcej, ale tego pierwszego faktu odrzucić się nie da. Czy zatem, jako człowiek, jestem w stanie pojąć wszystko to co mój rozum pragnie zrozumieć? Czy faktycznie mogę ‘wiedzieć’? Czy naprawdę pewnego dnia będę miał pewność, że kolejny fragment wiedzy zaspokoi moją wrodzoną ciekawość i pozwoli mi spokojnie zająć się innymi sprawami?

 

Dzisiaj nadal szukam, nadal pytam. Nadal nie wiem. Jest jednak coś czego wytłumaczyć nie sposób. Jest coś w moim wnętrzu co trudno opisać znanymi mi słowami. Coś, co powtarza mi od dawna, że nie ma się czego bać. Coś, co daje mi wewnętrzny spokój, że życie to tylko etap, że Ziemia to jedno z wielu miejsc, na które przybywamy. Czemu? No cóż. Dla każdego z nas przychodzi taki czas kiedy udzielenie odpowiedzi na to pytanie staje się proste. Zwykle zrozumienie wydarzeń następuje po ich doświadczeniu. Głęboko wierzę, że ze śmiercią jest tak samo. Więc czekam. Pewnego ‘dnia’ wszystko stanie się jasne. Nadejdzie taki czas, kiedy wszystko zrozumiem. I ta pewność pozwala mi spokojnie ‘czekać’ na śmierć. Bez lęku.

 

Niedziela, 10.01.2021

Szukanie ucieczki.

Kiedy ostatnio miałeś taki dzień, który bez wahania nazwałbyś zmarnowanym? Nie, nie opowiadaj szczegółów. Dla każdego z nas wygląda to inaczej. Wszyscy wyznaczamy sobie inne standardy i wartości. A może tylko tak piszę bo szukam usprawiedliwienia dla wszystkich beznadziejnych zajęć, do których dzisiaj uciekałem, aby tylko nie myśleć o tym jak się czuję; aby przestać zastanawiać się co lepszego mogłem zrobić, jak uniknąć niechcianych konsekwencji i w jaki sposób naprawić wyrządzoną szkodę.

Może usiadłem w końcu do pisania, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania, których nikt mi nie zadał.

Może dosyć mam poczucia bezczynności i chciałbym chociaż wieczór spędzić w sposób produktywny i zapracować na sen.

A może znowu uciekam.

Dziwnie jest zaczynać pisanie bloga na nowej stronie od tak niskiej wibracji, ale życie jest jakie jest i nie zawsze wybieramy wszystkie pojedyncze wydarzenia podczas naszych dni na Ziemi. Hmm, a może nigdy nie stajemy przed takim wyborem i tylko wolno nam skinąć czasem głową w kierunku tego, co być może wpuści nieco światła, abyśmy mogli zrozumieć mały fragment tego co nas otacza?

No, ale wracając do tematu, chciałem porozmawiać o ucieczce. Temat znany mi od lat. W zasadzie to chyba mogę powiedzieć, że mógłbym prowadzić szkolenia w tym zakresie. Tak, wszyscy pracusie niech rozsiądą się wygodnie bo w końcu pole do popisu ma leń nad leniami, ekspert od unikania życia.

Dla większości z nas oczywiste jest, że aby oderwać się od spraw codziennych można sięgnąć po alkohol, włączyć film, telewizor lub grę. Ile czasu na tym spędzasz, aby się odprężyć? Pracuś powie, że 15min to max na co sobie pozwala. Czuje się po tym odprężony, a przy okazji czegoś się pewnie jeszcze nauczył bo nie wybrał alkoholu ani gry, tylko pouczającą książkę lub ulubiony vlog. Aspirujący przeciętniak obejrzy cały film i wypije dwa piwa, po czym przeciągnie się, ziewnie dwa razy i pójdzie na spacer, aby przywrócić krążenie w mózgu. A co zrobi ekspert?

Ekspert od ucieczki jest na zupełnie innym poziomie. Parę godzin przy filmie jest jak aperitif. Prawdziwe chowanie się w sobie jest o wiele bardziej złożone i wymaga potężnych nakładów niechęci do życia, do interakcji z otoczeniem, a nawet do słuchania własnych myśli. Tak, należy doprowadzić siebie do takiego stanu w jakim nie wiesz nawet czy masz na twarzy uśmiech i czy po policzkach płyną łzy. Wtedy dopiero wiesz, że faktycznie udało Ci się uciec. Jeżeli wciąż jesteś w stanie podać imię osoby, która Cię urodziła to długa droga przed Tobą.

Czemu więc siedzę i piszę? Powinienem dalej uciekać, chować się przed światem i udawać, że nic nie czuję. Tak, powinienem tak robić. W końcu latami tak postępowałem. Czasem nawet książki służyły mi za środek usypiający wszystkie zmysły. Tak wiele dowiedziałem się o wampirach od Lumleya, o duchach od Mastertona, o elfach od Tolkiena, o magii od Anthony’ego i o Indianach od Maya. I co? Książek mi zabrakło? Otóż nie. Stało się coś innego. Zaczęło mi … zależeć.

Pojawiła się w moim życiu osoba, która ujrzała we mnie coś czego sam nigdy nie zauważyłem. Coś wyjątkowego, pięknego, wręcz nieziemskiego – a w zasadzie, dosłownie nieziemskiego. Zobaczyła we mnie duszę, która przyszła na ten świat bo tego chciała, bo pragnęła żyć, bo szukała tych wszystkich ziemskich doświadczeń, przed którymi przez lata starałem się uciec.

Nie ma słów, których mógłbym użyć, aby jej podziękować za to, że pojawiła się w moim życiu. Nie ma czynu, który wyrazi moją wdzięczność. Nie ma… hmm, czy aby na pewno? Czy mam rację? Czy czasem nie wpadłem w nawyk powtarzania sobie co jest niewykonalne, zamiast szukać rozwiązania i sposobu na zrobienie tego co należy? No cóż. Wiem jedno. Ucieczka na pewno do tego nie prowadzi.

Więc zróbmy tak. Mój certyfikat lenistwa wieszam na ścianie starego domu, zamykam drzwi i więcej do niego nie wracam. Budujemy nowy dom, nowy świat. Czemu? Bo żyję.