the walk

Tytuł: ‘The walk: Sięgając Chmur’ (‘The walk’)

Obsada: Joseph Gordon-Levitt, Ben Kingsley

Reżyseria: Robert Zemeckis

Rok produkcji: 2015

Czasem sięgamy po pewną książkę nie do końca wiadomo, czemu. Podobnie bywa z filmami. Oglądamy je bez przekonania, klatka po klatce, powoli usypiając naszą czujność. Czasem jednak zdarzy się, że jedna scena, czy jeden dialog obudzą nas tak zupełnie, że wyłączamy film bo właśnie usłyszeliśmy bądź zobaczyliśmy to, co miało do nas dotrzeć. Dokładnie tak było ze mną, kiedy oglądałem film ‘Sięgając Chmur’.

Nie lubię Bena Kingsley, ale nie potrafię wytłumaczyć, czemu. Brnąłem więc głębiej i głębiej w ten film, nieco pocieszony, że nie był on głównym bohaterem i pojawiał się tylko od czasu do czasu.

Aktor, którego ja głównie kojarzę z filmów ‘Snowden’ i ‘Incepcja’ w filmie ‘Sięgając Chmur’ gra francuskiego linoskoczka. W pewnym momencie filmu nieomal spada z liny treningowej zawieszonej wysoko w namiocie cyrkowym. Tyczka pomagająca zachować równowagę wypada mu z rąk i z hukiem uderza o ziemię; on natomiast, desperacko chwyta się szczebla drabiny, która na szczęście była tuż tuż. Z mocno bijącym sercem schodzi na ziemię, gdzie czeka na niego już nasz Ben Kingsley – jego trener.

‘Większość linoskoczków ginie po dotarciu na drugą stronę. Myślą, że już tam dotarli, kiedy jeszcze są na linie. Jeśli brakuje Ci trzech kroków do końca, a zrobisz je arogancko, myśląc że jesteś niezwyciężony … zginiesz.’

Każdy facet, kiedy uczy się jak być prawdziwym mężczyzną, dociera do punktu, w którym musi rozróżnić pewność siebie od arogancji. Jest to tak szalenie subtelna granica, że wielu z nas nie jest w stanie jej prawidłowo rozpoznać. Jak często słyszymy, że kobiety lubią brutali? Jak często słyszymy ‘udawaj aż ci się uda’? Wszystkie slogany handlowców, polityków, prawników, coachów i domorosłych psychologów są w zasadzie takie same, a wynikają z niezrozumienia właśnie tej granicy.

Tak często przekraczamy granicę arogancji, że przestajemy ją tak postrzegać. Problem jednak polega na tym, że bardzo często wyrządzamy w ten sposób krzywdę nie tylko sobie, ale również naszemu otoczeniu. A kiedy ma to miejsce, nie jesteśmy tego w ogóle świadomi.

Jak często spotkałeś, czy spotkałaś się z nieświadomą arogancją? Spotykasz nowego człowieka, zamieniasz z nim kilka słów, a dwie minuty później wysłuchujesz wykładu o tym, co źle robisz w życiu, jak powinieneś zmienić swoje nastawienie i co jest najważniejsze w osiągnięciu czy to finansowego sukcesu, czy duchowego przebudzenia. Arogancja aż kłuje w oczy.

Czy jednak pisząc te słowa sam nie przejawiam arogancji? Czy faktycznie powinienem pisać tutaj o innych, krytykując ich niedoskonałości, czy raczej spojrzeć na siebie?

Nie raz w życiu myślałem ‘no, teraz to już z górki’. Zwykle jednak z górki nie było, bez względu na to, o czym mowa. Chciałbym opowiedzieć wam o mojej wycieczce rowerowej, którą do dzisiaj staram się zrozumieć.

Kilka lat temu wybrałem się w samotną podróż rowerową na mazury. Do sakw spakowałem wszystkie rzeczy potrzebne na podróż i samotne biwakowanie przez kilka dni. Robiłem to po raz pierwszy w życiu więc miałem respekt do podróży, mojego roweru, mojej wiedzy i własnych sił. Nie byłem pewien czy podołam. Zatem po przejechaniu pierwszych 100 km, kiedy wybiła dopiero 1 po południu, byłem pod ogromnym wrażeniem jak łatwo poszło. Oczywiście nie byłem jeszcze na miejscu pierwszego noclegu, ale ogromna większość drogi na tamten dzień była już za mną.

To pierwsze doświadczenie długiej, samotnej podróży rowerowej sprawiło, że rok później postanowiłem je powtórzyć. Ale tym razem miało być zupełnie inaczej.

Za drugim razem wiedziałem już dokładnie co może mi się przydać, a co nie. Zatem pakowanie poszło o wiele sprawniej. Wiedziałem też, że mój rower jest w stanie podołać, a także moje siły okazały się bardziej niż wystarczające rok wcześniej – czemu więc tym razem miałoby być inaczej?

Mimo mojej lekkiej arogancji wsiadłem na rower równie wcześnie, już przed 6 rano. Letnie słońce już ładnie grzało, ale jeszcze nie zdążyło ogrzać powietrza więc poranny chłód towarzyszył mi przez kolejną godzinę, czy dwie. Było bardzo przyjemnie, a dodatkowo jechałem doskonale znanymi mi terenami otaczającymi moje miasto. W zasadzie pierwsze 4-5 godzin minęły faktycznie bezproblemowo. Kiedy jednak dotarłem do Przasnysza wszystko się zmieniło.

Zerwał się porywisty wiatr, a musiałem przebyć kilkadziesiąt kilometrów bez jakiejkolwiek osłony. Na dodatek było już południe i słońce grzało niemiłosiernie. Nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo zmęczony jak wtedy. Nie myślałem nawet o celu mojej podróży. W głowie miałem tylko kolejne, samotne drzewo, które dałoby mi choć trochę cienia i chwilę wypoczynku.

Wcześniej wybierałem sobie miejsce na postój jakbym był w luksusowej restauracji. Trawka niezbyt zielona, zbyt blisko ulicy, z tamtego domu wszyscy mnie widzą, ta krowa stoi za blisko itd. Tym razem jednak moje standardy i oczekiwania osiągnęły absolutne minimum. Siadałem tyłkiem na zakurzonej ziemi, pokrytej kamieniami, kilka centymetrów od asfaltu. Za rogiem pasły się krowy i śmierdziało odchodami. Z innego miejsca musiałem się szybko zbierać bo rolnik kosił trawę wzdłuż drogi, jadąc traktorem i nie można było oddychać od kurzu i skoszonej, suchej trawy. Pamiętaj, że ciągle wiał porywisty wiatr.

Te 20 kilometrów to było mordęga i nie wiem ile czasu mi zajęło ich przejechanie. Kiedy dotarłem na skraj lasu, dosłownie padłem. Dopiero po kilkunastu minutach mogłem się podnieść. Okazało się, że leżałem na ziemi, otoczony śmieciami, które ludzie tak bardzo lubią po sobie zostawiać na łonie natury.

Jakim cudem dokładnie ta sama trasa co rok wcześniej okazała się tak diametralnie inna? Oczywiście wówczas nie byłem w stanie nawet trzeźwo myśleć. Byłem zmęczony, rozgoryczony i wkurzony na siebie, nie do końca rozumiejąc problemu. Do miejsca na nocleg nadal musiałem pokonać 30 kilometrów i nie wiedziałem jak tego dokonać. Byłem jednak już osłonięty z dwóch stron drzewami więc chociaż wiatr nie stanowił tak wielkiego wyzwania – przynajmniej jeśli chodzi o boczne podmuchy. Pojawił się przede mną jednak inny problem. Cała trasa prowadziła teraz pod górę.

Jak można podołać wspinaczce kiedy już zużyłeś wszystkie swoje siły na walkę z wiatrem, słońcem i własnymi słabościami? Nie sprawdzałem ani godziny, ani dystansu, ani kierunku, ani czy ktoś do mnie dzwonił. Co kilka minut zsiadałem z roweru i po prostu kładłem się tam, gdzie się zatrzymałem. Leżałem dopóki mogłem ruszyć kończynami. Wsiadałem wtedy z powrotem na rower i znowu jechałem przez kilka minut.

Kiedy w końcu dotarłem do miejsca, w którym wcześniej zaplanowałem nocleg, zamiast szykować miejsce na biwak, po prostu położyłem się na trawie, żeby odpocząć. Nie mogłem usnąć bo wszystko mnie bolało. To było dosłownie ponad moje siły. Jak do tego wszystkiego doszło? Czemu rok wcześniej było tak lekko, a teraz czułem, że traciłem chęć na wszystko? Czemu było tak ciężko?

Arogancja. Rok wcześniej czułem ogromny respekt przed tą podróżą. Pilnowałem swojej diety, żeby jak najbardziej schudnąć. Trenowałem regularnie, każdego dnia, żeby być w formie. Doglądałem mojego roweru, smarowałem, dokręcałem, napinałem wszystko co było trzeba. Rok później jednak – zachęcony moim wcześniejszym triumfem – zaniechałem wielu z tych czynności, a szczególnie mentalnego respektu i troski i własną kondycję.

Kiedy więc mówię, że wielu z nas nieświadomie przejawia arogancję, naprawdę zaliczam również siebie do tego grona. A jak jest z Tobą?